CZYLI ZACHOWAJ DYSTANS

pogaDUCHY do poduchy

wtorek, 26 czerwca 2007
Tak dawno nie pisałam o zamkach, najwyższy czas to nadrobić. Dzisiaj będzie o dwóch. Nie, to nie forma rekompensaty, po prostu wiele je łączy. Obydwa należały do księcia Władysława Opolczyka, jednak za sprzyjanie Krzyżakom, król Jagiełło siłą je odebrał. Bobolice od Mirowa dzieli zaledwie 1.5 km. Nawet na Jurze Krakowsko - Częstochowskiej jest to ewenement. Podbno łaczą je tajemne przejścia. Dopóki ktoś ich nie odkryje, można przespacerować się drogą, podziwiając ruiny zamczyska widoczne przed sobą. Obydwie budowle są świetnie dopasowane do skał, niektóre komnaty wręcz w nich były wykuwane. Po najeździe szwedzkim warownie nie odzyskały już dawnej świetności. Jan III Sobieski, kiedy szedł z odsieczą na Wiedeń, zatrzymał sie w Bobolicach, musiał jednak rozbić namiot, gdyż stan zamku nie pozwalał na przyjęcie tak znamienitego gościa. Mimo to był zadowolony, o czym nie omieszkał napisać w liście do Marysieńki.


Zamek w Bobolicach

Każdy zamek w ciągu swego istnienia jest przebudowywany wielokrotnie, właściciele chcą przecież dostosować się do panującej mody, dodać wiele udogodnień. Tak było i z tymi warowniami, jednakże Mirów zachował średniowieczny charakter. Warto przyglądnąć sie jego owalnej baszcie. Nie jest to typowy dla baszt zamkowych kształt. Och, zapomniałabym o tak ważnym, bo dającym pewne nadzieje fakcie. Uwaga!
W XIX wieku w podziemiach bobolickiego zamku znaleziono ogromny skarb! Podobno to nie jest całość, reszta ma leżeć w korytarzu łaczącym te dwa obiekty. XIX wiek to jednak romantyczne stulecie...;)
Co jeszcze łączy te dwa miejsca? Wspólna legenda. Oczywiście każda strona ma swoją wersję. Początek jest zgodny. Było dwóch braci, tak podobnych, że aż trudnych do odróżnienia i tak ze sobą zżytych, że, no... po prostu papużki nierozłączki...uff, aż boję się skojarzeń;) Jeden mieszkał w zamku mirowskim, a drugi zajmował Bobolice. Do siebie chadzali owym podziemnym przejściem. Wszystko było w porządku do czasu wyprawy wojennej boboliczanina na Ruś. Po kilku latach wrócił z ogromnym skarbem i z branką, w której zakochał się także mirowiczanin. Skarbem sie podzielili, a o to który poślubi dziewczynę, ciągnęli losy. Wygrał brat z Bobolic. W tym momencie skonczyła się braterska miłość. Gdy pan z Bobolic wyjeżdżał, żona spotykała się w podziemiach z jego bratem. Na usprawiedliwienie jej trzeba dodać, że los był okrutny, bo pokochała nie tego, którego powinna. Gdy rzecz się wydała, mąż zabił brata, a żonę zamurował w lochach.
To była wersja babolicka, teraz trzeba dla równowagi poznać mirowską. Zażyłość i podobieństwo braci pokrywa się, ich bogactwo również. Skarby ukryli w lochach łączących oba zamki, strzegła ich czarownica o czerwonych oczach oraz zły duch wcielony w psa. Gdy z wojny boboliczanin przywiózł dziewczynę, z zazdrości zamknął ją w lochu i kazał pilnować czarownicy. Kiedy wiedźma odlatywała na sabat, przybywał pan z Mirowa pocieszać brankę. Zazdrosny brat usłyszał raz warczenie psa, zszedł do piwnic, ujrzał coś, co nie było dla jego oczu, wyciągnął miecz i zabił brata. Od tej pory zagłuszał trunkami sumienie, do czasu, gdy szalejąca burza raziła go piorunem. Dziewczyna ponoć nadal siedzi w podziemiach, czasem wychodzi na powierzchnię postraszyć napotkanych ludzi. To wszystko. Ta wersja wydaje mi się bardziej dramatyczna.
Na koniec dodam tylko, że obydwa zamki są rekonstruowane i stopniowo odbudowywane. Kilka lat temu Bobolice przeszły w prywatne ręce, a w ubiegłym Mirów. Te prywatne ręce, to dwaj bracia;)))


Ruiny zamku w Mirowie
czwartek, 07 czerwca 2007
Przed kilkoma dniami pisałam, w jaki sposób zwiedziłam zamki na "Szlaku Orlich Gniazd". Sama się dziwię dlaczego tak późno, skoro mam je "pod nosem". Czyżby powiedzenie "cudze chwalicie..." i tu miało uzasadnienie?. Bądź co bądź nadeszła pora i na ich omówienie. Zacznę od Rabsztyna. Dlaczego nie po kolei? A nie wiem, może mam taki kaprys (z natury nie jestem kapryśna, ale na blogu dlaczego nie?), a może dlatego, że jest jednym z dwóch zamków, co do których specjaliści mają podejrzenie, że to nie Kazimierz Wielki kazał je zbudować? Pewne jest, że tworzy malowniczą ruinę. Co do tych podejrzeń, to powstanie pierwszej budowli, czyli gotyckiej baszty, datuje się na XIIIw., a przypisuje się ją Henrykowi Brodatemu.
Rabsztyn - z niem. Rabstein - "Krucza skała", był własnością królewską, toteż miał zarządcę wyznaczonego przez króla, tzw. starostę. Przez jakiś czas starościną na zamku była siostra króla Jana III Sobieskiego Katarzyna Radziwiłł. Tutaj zatrzymał się na noc król elekt Henryk Walezy, gdy jechał z Francji, aby objąć tron Polski. Podobno zamek ten był miejscem wesela kanclerza koronnego Jana Zamoyskiego i księżniczki Gryzeldy, bratanicy Stefana Batorego. A król Batory, który był zapalonym myśliwym, w Rabsztynie hodował stado lwów. ...czyżby urządzał małe safari? Podobne hodowle miał w Krakowie, w Warszawie i na Litwie. Zamek w czasach swojej świetności był piękny, malowniczo wtapiał się w skały. Teraz tworzy malownicze ruiny częściowo rekonstruowane. A kto się do tego przyczynił? Tak, tak, oczywiście, że Szwedzi. Wycofując się, obrabowali go i spalili. Dzieła zniszczenia dopełnili na początku XXw. poszukiwacze skarbów. Po prostu wysadzili w powietrze basztę górnego zamku. Obecnie zostały mury po części pałacowej, brama wjazdowa wraz z mostem, a pod nią piwnice. Warto wspiąć się na to, co pozostało po górnym zamku i popatrzeć na rozciągający się widok. Niestety, nie spotkałam się tu z żadnym duchem, ani z jakimkolwiek śladem po nich. Nic, cisza. Natomiast z miejscem tym związana jest pewna osóbka. Legenda mówi, że wśród okolicznych skał mieszkała piękna dziewica imieniem Sobótka. Pewnego dnia, gdy w lesie odbywał się jej ślub z Sieciechem, napadła na nich zgraja zbójców. Dzielna dziewczyna dobyła miecza i rozprawiła się z nimi. Dla uczczenia bohaterstwa Sobótki co roku w dzień św. Jana rozpala się ogniska zwane sobótkami.
Kiedy byłam nastolatką, razem z przyjaciółmi również je rozpalaliśmy. Ważne było, aby płomienie sięgały jak najwyżej. Gdy trochę przygasały, trzeba było przez nie przeskoczyć. Niestety nie pamiętam, co wróżył dobry skok, zły długo się odczuwało:) Noc świętojańska tuż, tuż...;)


Ruiny zamku i zrekonstruowany most
Powyżej Rabsztyn w czasach świetności
piątek, 18 maja 2007
Jeśli zwiedzając zamek, w sieni na parterze turysta natknie się na klęczącą kobietę w ciemnej szacie, to na pewno jest to duch modlącej się Dorotki. Kiedyś tu była kaplica. Dorotka kochała giermka lutnistę, lecz siłą została wydana za starego Szafrańca. Na pomoc przybył kochanek przebrany w zakonny habit. Chciał pomóc dziewczynie w ucieczce. Niestety pojmała ich służba. A że średniowieczne wyroki były okrutne, toteż giermka rozszarpały konie, włócząc go po górach, a Dorotka dokończyła żywota w wieży zamkowej.
Dziwne rzeczy dzieją się po zapadnięciu zmroku. Czasami można dostrzec, jak na zamkową górę wjeżdżają zakute w zbroję hufce, niczym w dniach świetności i chwały. Słychać tętent koni jadących przez zwodzony most i nagle w mgle rozwiewa się wszystko. Nocami natomiast dochodzą odgłosy uderzania kilofem w ścianę, słychać kroki w zamkowych pomieszczeniach. Mnie niestety nikt się nie pokazał, może to przez upał jaki wtedy panował. Obecnie na zamku znajduje się oddział muzeum wawelskiego. Najbardziej zainteresował mnie zbiór średniowiecznych i późniejszych klamek oraz zamków do drzwi i kredensów. W owych czasach każde wieko, każde drzwiczki miały swój zamek i klucz. Nie byle jakiego rozmiaru! Tam dopiero zrozumiałam, jaką wysoką pozycją musiał się cieszyć klucznik. A i sił musiał mieć sporo;)
Duchy mnie nie zaszczyciły swoją obecnością, jednak przeżyłam przygodę mrożącą krew w żyłach, kiedy to wspinając się ścieżką, musiałam przejść obok rosnącego przy niej drzewa. Na wysokości ok. 1 metra nad ziemią uwiły w nim sobie gniazdko szerszenie. Pomimo upału były bardzo ruchliwe. Oczywiście okazało się później, że do zamku można było iść inną, wygodniejszą drogą:)



            Zamkowe tarasy - ogród w stylu włoskim
czwartek, 17 maja 2007
To najbardziej nawiedzony z zamków. Wprost roi się tam od duchów. Tak się rozbestwiły, że nie zważają na porę. Można je spotkać zarówno w noc, jak i w dzień. Pieskowa Skała nie ma nic wspólnego z pieskami. To od imienia pierwszego właściciela, Piotra z rodu Szafrańców, został tak nazwany zamek i okolica. Piotr, w ówczesnych czasach Pieszko. A od Pieszka do Pieska bliziutko i tak już zostało. Budowlę murowaną kazał wznieść Kazimierz Wielki. Na wysokiej i stromej skale, tuż obok słynnej Maczugi Herkulesa strzegła szlaku handlowego z Krakowa do Wrocławia. Ród Szafrańców był potężny i za swe zasługi (poparcie dla kandydatury Jadwigi na tron polski, mężna postawa w bitwie pod Grunwaldem, pożyczki finansowe udzielane królom) cieszył się wielką łaską na dworze królewskim. Jeden z tegoż rodu ożeniony z faworytą Zygmunta Starego rozbudował zamek, zmieniając go w jedną z najpiękniejszych rezydencji w tej części Europy. Dorównywał wspaniałością Wawelowi, zresztą krużganki ma wzorowane na wawelskich. Niestety, jak to w rodzinach bywa i w tej pojawiła się „czarna owca”. Krzysztof, bo tak mu było na imię, miał hobby: alchemię i zbójowanie. Napadał na czele bandy na kupców. Grabił ich i mordował. Miał też bardziej finezyjny sposób. Zapraszał do zamku, a tam w komnatach pod nieszczęśnikami otwierała się zapadnia w podłodze. Resztę łatwo sobie wyobrazić, odległość była odpowiednia, podłoże skaliste. Kres przyszedł i na gospodarza. Król dosyć miał tych ekscesów, kazał pojmać rozbójnika i ściąć mu głowę. Kat wyrok wykonał pod Basztą Sandomierską na Wawelu. Warchoł i pieniacz za życia, po śmierci krąży jako bezgłowy upiór po korytarzach i dziedzińcu swej posiadłości.
Duchów jest tam taki dostatek, że w tej notce już się z nimi nie uporam. Maczuga Herkulesa nie należy do zamku, ale stoi obok niego i warto wiedzieć skąd się tam wzięła.
Było to tak…Krakus składając bogom w ofierze broń, którą zabił smoka wawelskiego, wbił tu swoją maczugę. Wrosła ona w ziemię i okryła się skałą. (hmm…a co z szewczykiem i barankiem nafaszerowanym siarką?) ;)   C.D.N.



                      Zamek w Pieskowej Skale
środa, 02 maja 2007
W czasie swojej historii Szydłów trawiło kilka pożarów, po każdym jednak był odbudowywany, dopiero po najeździe szwedzkim miasto nie zdołało powrócić do dawnej świetności. "Potop" wyobrażamy sobie pewnie jak sumę iluś tam bitew rozegranych na rozległych polach między dwiema armiami rycerzy. Ktoś wygrywał, ktoś schodził pokonany, a życie ludności cywilnej toczyło się nieprzerwanie. Taki odległy, egzotyczny obrazek. Niestety, tamta wojna dotykała niewinnych ludzi tak samo, jak każda znana nam współcześnie to czyni. Na podobną skalę. Szydłów jest tego przykładem i to nieodosobnionym. Kiedy przelała się fala "potopu", w mieście z ponad 1300 mieszkańców pozostało przy życiu tylko 350. Z 240 domów przetrwało 20, pozostałe zniszczyli i spalili Szwedzi. Zamku tym bardziej nie oszczędzili. Został potem odbudowany, ale już nigdy nie powrócił do dawnej wielkości. Obecnie można pospacerować po ruinach Sali Rycerskiej i przejść Bramę Zamkową. W zachowanym Skarbczyku urządzono muzeum. Na jednej ze ścian zamku, wysoko między oknami widnieje misternie wykuty w kamieniu kartusz (to taki element architektoniczny), w tym przypadku herb Zygmunta III Wazy - orzeł z rozwianymi skrzydłami i trzy szwedzkie korony. Zamek jak na współczesne wyobrażenie o tych budowlach, nie był duży. Co prawda miał dwa piętra, ale co to jest sześć izb w porównaniu do 12 sal balowych w Krzyżtoporze. Może i był skromny, ale miał ciąg grzewczy! Trudno uwierzyć, że pomieszczenia na parterze miały ogrzewanie podłogowe. Specjalne słupki podtrzymywały podłogę z posadzki, a pod nią wolną przestrzeń wypełniało ciepłe powietrze. Górne pokoje zaopatrzono w kominki i piece kaflowe.
Myślę, że nadszedł już czas, opowiedzieć obiecaną historię jedynej bramy, jaka pozostała w murze obwodowym miasta.
W ówczesnych czasach mieszkał w Szydłowie niejaki Janko, syn wojewody. Janko znany był z proroczych snów. Pewnego razu koń mu się spłoszył i zrzucił go tak nieszczęśliwie, że młodzieniec leżał bez przytomności przez kilka dni. Kiedy się ocknął, kazał szydłowianom odwalić głaz przycmentarny i wydobyć spod niego ukryty skarb. Za wskazanie owego miejsca, Janek życzył sobie być pochowanym obok bramy, którą mieszkańcy mieli zamiar zbudować na cześć Kazimierza Wielkiego. Tak też się stało. Od tej pory każdego pierwszego dnia miesiąca, dokładnie o północy ukazuje się duch Janka. Pilnuje Bramy Krakowskiej, aby nikt jej nie niszczył. Pomaga też szukać zaginionych osób, a zakochane pary, jeśli wyznają sobie miłość przy niej, mogą być pewne, że ich związek będzie trwały i udany. To jeszcze nie wszystko. Gdy ktoś w dzień św. Jana przyjdzie napić się gronowego wina w pobliżu bramy, dozna wszelkich uzdrowień i poprawy losu. To teraz już jasne, skąd wzięła się tradycja w pewnych kręgach picia win owocowych w tychże miejscach. Swoją drogą, dzień św. Jana przed nami;)


Widok z okna zamku na muzeum
wtorek, 01 maja 2007
Nie planowałam na dzisiaj cyklu "pogaduchy"..., jednak pogoda i wolne dni skłaniają do ruszenia się z domu, może swoją opowieścią zachęcę do odwiedzenia tego miejsca. Tym razem opowiem nie tylko o zamku, ale i o całym mieście, bo jest wyjątkowe. Nie wiem, czy znajdzie się w Polsce podobne, ja w każdym razie nie widziałam. Określany jest mianem polskiego "Carcassonne", gdyż do dziś został zachowany XIV-wieczny układ urbanistyczny, a całe miasteczko otaczają średniowieczne mury obronne. Szydłów, mała miejscowość na południu woj. świętokrzyskiego.
Niesamowite wrażenie, kiedy wchodzi się do miasta przez bramę zwaną Krakowską, lub przez most nad dawną fosą. Urzekło mnie od pierwszego spojrzenia. Po przekroczeniu bramy jest się w innym świecie. Obszerny rynek, niska zabudowa, brak tłumów, spokój, jakby czas nagle się zatrzymał. Senna atmosfera udzielała się nawet psom, które niegroźnie wylegiwały się na chodnikach, wygrzewając się w słońcu. Ilość psów była tak niespotykana, że dla przeciwwagi zaczęłam rozglądać się za jakimś kotem. Niestety, chyba są dyskryminowaną mniejszością.


Brama Krakowska

Szydłów jest jednym z najstarszych polskich miast. Jako miasto królewskie, jego mieszkańcy byli bezpośrednio poddani królowi, którego władzę na co dzień reprezentował wójt. Położenie miasta przy szlaku handlowym z Wołynia do miast śródziemnomorskich, korzystnie wpływało na jego rozwój (tędy przeganiano wielkie stada wołów z Wołynia na Śląsk). W dodatku Szydłowianie byli bardzo postępowi i przedsiębiorczy, zafundowali sobie własne wodociągi oraz łaźnie! Woda była doprowadzana kamiennymi rurami do wszystkich! domów ze specjalnego zbiornika, do którego z kolei podziemnym kanałem płynęła z pobliskiej rzeki. Uwaga! Za wodę i łaźnię mieszkańcy płacili! Czyżby prekursorzy opłat mieszkaniowych?;) Obsługą i konserwacją urządzeń zajmował się "rurmagister" lub z łaciny "aquaeductor". Właśnie z tych pieniędzy utrzymywany był jego etat. Wygląd Szydłowa to zasługa Kazimierza Wielkiego. To on na miejscu drewnianego dworu książąt krakowskich kazał zbudować kamienny zamek, a miasto otoczyć ponad 1000 metrowym murem. Mieszkańcy z wdzięczności, na cześć króla chcieli wznieść bramę. Aby zebrać fundusze, ruszyli z kwestą. I tu zaczyna się pewna historia...ale o niej w następnym odcinku. CDN.


Mury wokół miasta z fragmentem zamku

Miałam już zakończyć, ale jeszcze dopiszę skąd się wzięła nazwa Szydłów. Było to za Łokietka. Na szlaku handlowym biegnącym przez puszczę grasował groźny zbój. Pewnego dnia przeliczył się z siłami, napadając na orszak królewski. W czasie, gdy król oddawał się modlitwie o zwycięstwo, jego rycerze pokonali bezczelnego śmiałka. Z życiem uszedł, ale musiał wskazać jaskinię, w której ukrył zrabowane skarby. A że na imię mu było Szydło, stąd wzięła się nazwa osady, jaką w tym miejscu na rozkaz królewski zbudowano. Zbój się nawrócił, ale ponoć nie oddał wszystkich skarbów i w jaskini jeszcze jakieś zostały. I tym optymistycznym akcentem kończę pierwszą część;)


czwartek, 26 kwietnia 2007
Dopięłam swego, wdrapałam się po skalnej ścieżce, ducha nie wyzionęłam, choć z obawą myślałam o czekającym mnie powrocie. Nie był to koniec wspinaczki, koniecznie trzeba było wejść na jedną z trzech wież i pozachwycać się pięknymi widokami ziemi świętokrzyskiej. Zagladając później w różne zakamarki riun, dostrzegłam bramkę, a za nią łagodną powrotną drogę. To nic, że była zamknięta na kłódkę, jeśli jest kłódka, to i musi być ktoś z kluczem do niej. W pierwszej chwili byłam wściekła na takie porządki, bo jakże to tak zmuszać turystów do wdrapywania się po niebezpiecznej ścieżce, jak tu taka piękna droga się marnuje. Potem dopiero dotarło do mnie, że przecież tajemniczego czarnego jeźdźca można spotkać tylko na stromym podejściu. Tak w ogóle to turyści mają błędne wyobrażenie o godzinach, w których pokazują się zamkowe duchy. Są oczywiście takie, które przed północą nie wyjdą na mury, ale szara godzina, kiedy zapada zmrok, też wchodzi w rachubę. Od zachodu po świtanie, kiedy zaczynają piać koguty. Zjawa nie wyjdzie tylko wtedy, gdy mógłby ją zdradzić brak cienia. Kim może być ów chęciński jeździec? Częściej jest tylko słyszany niż widziany. Słychać parskanie, rżenie ogiera i tętent ciężko podkutego konia, jakich dosiadali rycerze. Możliwe, że jest to Bolko z rodu Nałęczów. Podczas zjazdów rycerskich odbywały się turnieje. Na jednym z nich przegrany Bolko zwabił rywala w zasadzkę i zamordował podstępnie. Teraz za to pokutuje. Jeśli to nie on, to może posłaniec królewski spod Płowców. Przebieg bitwy źle nam wróżył, toteż niektórzy rycerze z pola umykali i wieść o klęsce nieśli (wśród nich królewicz Kazimierz!). Ostatecznie jednak nam zwycięstwo przypadło i aby powstrzymać ucieczkę całego dworu na Węgry, Łokietek wysłał jeźdźca z wieściami do Chęcin. Ten po dniu i nocy jazdy wyczerpany dotarł do bram zamku. Koń padł z wycieńczenia, a rycerz zmarł z ran. Pochowano ich razem, choć to pogński był zwyczaj. Kolejnym kandydatem na tajemniczego jeźdźca jest jeden z krzyżackich jeńców spod Grunwaldu. Nie dotrzymał rycerskiego słowa, że nie będzie próbował uciekać. Na co liczył? Może na to, że strażnicy ręczyli swoją głową, że z jego głowy włos nie spadnie. Cóż, przeliczył się i padł przeszyty strzałą. Tak więc jest wielu kandydatów na potępieńców.
Jeśli kiedy o zmierzchu w Chęcinach ktoś zobaczy świecące punkciki, niech nie da się nabrać na świętojańskie robaczki. To sama Bona i jej zaufany stróż skarbu, dopatrują swego zamku i włości. Ten to stróż widywany jest podobno na murach owinięty w biały wełniany płaszcz, przez co mylnie uchodzi za Białą Damę.
Mnie niestety nie było dane usłyszeć cwału tajemniczego jeźdźca, być może dlatego, że postawiłam na swoim, odnalazłam właściciela klucza od kłódki i zeszłam z Zamkowej Góry łagodnym zboczem.


       
                    Fragment zamkowych ruin                       
 
1 , 2
Customize.org