CZYLI ZACHOWAJ DYSTANS
wtorek, 29 lipca 2008
Powinnam napisać nową notkę, ale nie bardzo mam ochotę, zwłaszcza na dalsze rozprawianie o talentach, choć dziś planowałam na tapetę wziąść wypieki. Jest to temat smakowity, a na pewno słodki, jednak czy można przejść ot tak do ciast, gdy wcześniej człowiek wkurzył się maksymalnie na polityków, a potem na dodatek na pewną przeglądarkę? Jaki piekny byłby świat, gdyby nie istniał Internet Explorer. Pocieszam się tym, że coraz więcej osób rezygnuje z jej usług. Jeszcze trochę, a będzie w mniejszości. Nie sądzę, żeby ktoś kto wcześniej pracował na Operze czy Firefoxie mógł chwalić IE. Chyba nieznajomość innych przeglądarek trzyma ludzi przy Explorerze. 
Dajmy już spokój przykrościom. Mam na dobranoc milutką lekturę i to mnie cieszy. Urocze felietony Małgorzaty Musierowicz. Nie znałam jej od tej strony, kojarzyłam raczej z literaturą młodzieżową. Malarasta mi ją poleciła, za co niezmiernie jestem jej wdzięczna:) W sezonie letnim preferuję literaturę lekką, a gdy pisana jest w dodatku dowcipnie, staję się jej fanką:) No i znowu zegar zrobił mi psikusa, wskazuje pierwszą, a ja mam jeszcze tyle przyjemnych rzeczy do zrobienia. Zegar jest nieudanym wynalazkiem;)
niedziela, 27 lipca 2008
Zabieram się do spisania dalszego ciągu swych umiejętności, choć wcale mi się nie chce. Ostatnio co zacznę, to nie kończę. Kilka rzeczy chciałabym robić jednocześnie, nie mogąc się na którąś zdecydować, nie robię nic. Ale do rzeczy, czas przejść w lata dojrzałe. Jak każda kobieta powinnam, umieć gotować. Niestety ja nie umiałam nic. Mając dwie starsze siostry, pamiętałam o zasadzie, gdzie kucharek sześć...toteż omijałam kuchnię. Mama twierdziła, że żaden facet się ze mną nie ożeni, na co ja odpowiadałam, iż poszukam sobie takiego, który będzie umiał gotować. Wesołość wzbudzałam ogólną. Żeby było śmieszniej powiem, że znalazłam i szybko wszystko zepsułam. Zakochane kobiety robią się okropnie głupie, toteż i mnie na głowę padło. Przed ślubem narzeczony zapraszał mnie na własnoręcznie robione obiadki, a ja mając taki skarb, nakupowałam masę książek kulinarnych. I po co? Po to, aby się przed nim wykazać. Co za głupota! Trzeba było udawać beztalencie i wychwalać jego potrawy. Po ślubie M. nagle zapomniał o gotowaniu i zdał się na moje kulinarne wyczyny. Któryż facet będzie robił coś czego nie musi?
Gotowanie podobno wychodziło mi dobrze, choć nie należało do moich ulubionych czynności. Dziwne może wydawać się to, iż nigdy nie próbowałam potraw w trakcie gotowania. Przyprawiałam intuicyjnie. Wszelki próby próbowania źle wpływały na jakość końcową dań.
O gotowaniu piszę w czasie przeszłym, bo medycy czynność tę włączyli w prace męczące i zabronili mi wykonywać. Tym sposobem M. musiał przypomnieć sobie jak się to robi i po tylu latach spełniły się moje słowa - w moim domu w kuchni rządzi facet:)
środa, 23 lipca 2008
"Gwiezdne wojny" z czeskim dabbingiem:
Lord Vader do Luke'a Skywalkera - "Luk! jo sem twoj tatienek!"
wtorek, 22 lipca 2008
niedziela, 20 lipca 2008
Nie chcąc, aby notka znów się nadmiernie rozciągnęła, przechodzę do rzeczy. Kolejnym talentem, jaki w sobie odkryłam, jest talent plastyczny. Nie wyćwiczony, raczej nagle objawiony. Nie pociągały mnie w dzieciństwie kolorowanki, natomiast namiętnie oglądałam obrazki w bajkach, przyglądałam się, jak rysuje starsza siostra, lub prosiłam mamę, aby mi coś namalowała. Chyba umiejętności rysowania nabyłam wzrokowo.
Pierwsze przebłyski talentu miały miejsce w pierwszej klasie. Na zadanie domowe należało narysować Asa, psa Ali. Przerysowałam go z Elementarza. Zrobiłam to bardzo starannie, wycieniowałam mu sierść kolorami brązu i oczekiwałam na piątkę. Pani oddała zeszyty, w swoim nie znalazłam żadnej oceny, jedynie uwagę, abym zadania odrabiała samodzielnie. Och, co za niesprawiedliwość! Chyba się trochę wtedy zraziłam i do malowania i do pani.
Najchętniej szkicowałam ołówkiem. Niestety otoczenie te rysunki traktowało jako niedokończone. Mówili: - piękne, tylko jeszcze pomaluj. Przez jakiś czas, aby nie było wątpliwości co do ukończenia dzieła, rysowałam węglem i nawet sama robiłam z kalafonii werniks do pokrycia. Wlewałam go do mamy rozpylacza na lakier do włosów i psikałam na karton.
Ostatnią pracę na zamówienie zrobiłam w klasie maturalnej. Miałam na bristolu namalować kredkami Soplicowo, czyli dwór, karczmę, młyn, zaścianek i co tam jeszcze było. Karton był wielki, zajmował cały stół. Wszystko szło dobrze do momentu wypełnienia kolorem przestrzeni między obiektami. Wiedziałam, że żadna siła mnie do tego nie zmusi, oddałam profesorowi "niedokończone" dzieło. Od zamalowywania tychże przestrzeni wykręciłam się stwierdzeniem, że to gryka jak śnieg biała;) Profesor miał poczucie humoru, zrozumiał w czym rzecz i już mnie nie nagabywał.
Po tej historii pozostała mi doskonała znajomość Pana Tadeusza:)
Kariera nie była mi pisana, bo nie czułam potrzeby rozwijania się w tym kierunku. W życiu późniejszym próbowałam wzbudzić u Młodego zamiłowanie do sztuk pięknych. Skończyło się na tym, że na widok kościoła zapierał się i za nic nie chciał do niego wejść. A na wystawę malarstwa, to już chyba nigdy dobrowolnie się nie wybierze. Przesadziłam z intensywnością doznań:)
piątek, 18 lipca 2008
Można wpaść w kompleksy, gdy czyta się i często ogląda jakimi ciekawymi rzaczami ludzie się zajmują, jakie piękne wyroby pokazują na blogach. A ja, do licha, nic. Kurcze, czyżbym była takim beztalenciem?
Musiałam dobrze się zastanowić. Wróciłam do początków, jakie pamiętam i uzbierało się kilka punktów na moją korzyść. Jako że trochę miejsca wyliczenia zajmą, a wiem, że długich notek nikt nie lubi czytać (na czele z piszącą to), to chyba będę pisać w odcinkach. Mimo wszystko z talentami nie wymieszczę się na 10 centymetrach tekstu.
Od czego by tu zacząć? Pierwszy talent jaki się objawił, był talentem wokalnym. W wieku pięciu lat poszłam z rodzicami do szkoły na zabawę organizowaną dla uczniów i ich rodziców. Miałam dwie starsze siostry, toteż załapałam się. Byłam raczej nieśmiałym dzieckiem, trzymałam się blisko rodzinnego stolika. Z daleka przyglądałam się zabawom dziecięcym. Aż ogłoszono konkurs na wiersz i piosenkę. Co mnie podkusiło, nie wiem, może chęć zdobycia nagrody, w każdym razie wyrwałam się z paluchem do góry, wołając: -ja! -ja! Po raz pierwszy stanęłam na scenie z mikrofonem w rękach i zaśpiewałam po rosyjsku "Zawsze niech będzie słońce".
Rosyjskiego nie znałam, ale mając starsze siostry musiałam bawić się z nimi w szkołę. A kto nadawał się najlepiej na ucznia, jak nie ja, najmłodsza? Starsze zamieniały się rolami, kłócąc się ciągle. Raz jedna prowadziła lekcje, raz druga. W ten sposób zanim poszłam do szkoły, bez chodzenia do przedszkola, umiałam czytać i liczyć.
Powracając do piosenek, to byłam prawdziwą internacionalistką, bo śpiewałam także po francusku, "Panie Janie". Mój występ musiał się spodobać, bo nie tylko dostałam nagrodę, ale i pozwolono mi zagrać w szkolnym spektaklu. Rolę załatwiła mi siostra. Ona dostała główną. Miała zagrać sierotkę Marysię, ale obliczyła, że Koszałek Opałek ma dłuższe kwestie, więc uparła się być Koszałkiem Opałkiem. Ja też byłam krasnalem - statystą, do czarnej roboty. I wtedy po raz pierwszy objawił sie mój pech. W czasie przedstawienia miałam spacerować po scenie i zbierać kwiaty (zrobione z drutu i bibuły, wetknięte między deski podłogi), niby nic, ale jeden tak niefortunnie zaplątał się w welon królewny (nie pamiętam juz treści książki, ale jakaś królewna występowała), że przeżyłam gorące chwile. Zakończyło się oberwaniem szaty. Do sceny się zraziłam raz na zawsze. Pozostał śpiew. Niestety kres mojej kariery nastąpił w ósmej klasie szkoły podstawowej. Odpowiedzialnością obarczam nauczycielkę śpiewu. Należałam oczywiście do szkolnego chóru. Przydzielono mnie do głosu drugiego. Pech chciał, że byłyśmy w mniejszości. Aby wybić się ponad soprany, wydzierałyśmy się niesamowicie. A że czekał nas konkurs chórów, próby odbywały się codziennie. Moje struny głosowe tego nie wytrzymały i na kilka dni przed konkursem szeptem obwieściłam nauczycielce, że ja nie pojadę. W odróżnieniu od pani byłam szczęśliwa:) W obawie, aby mi szybko nie przeszło, nie poszłam do lekarza. Po trzech tygodniach głos się unormował. Jestem jak po mutacji, karierę diabli wzięli, ale pozostała mi na zawsze charakterystyczna chrypka;)
Za bardzo się rozpisuję, miało być krótko i treściwie. No nic, może w kolejnej notce opiszę, jak było z następnym talentem.
czwartek, 17 lipca 2008
Bytka abo ne bytka, to je zapytka.
 
1 , 2
Customize.org