CZYLI ZACHOWAJ DYSTANS
czwartek, 30 kwietnia 2009
Ależ się zdenerwowałam przed chwilą. Założyłam sobie pocztę na Yahoo! Nie dlatego, że kolejna poczta jest mi niezbędna, ale po to, aby korzystać z pewnej strony, do której, niestety, dostęp ma tylko elita z Yahoo! A co mi szkodzi mieć kolejną pocztę, poza tym można powiedzieć, że wracam na stare śmieci, bo już kiedyś miałam tam konto. Ale wróćmy do rzeczy. Strona była w języku polskim, nawet Yahoo miało końcówkę pl. Trochę mnie to zdziwiło, bo słyszałam, że wycofali się z naszego rynku. W każdym razie przeszłam tę idiotyczną procedurę, wpisałam wszystkie dane, nawet wymyśliłam pytanie do loginu i hasła. Ta procedura mnie najbardziej śmieszy, bo w sytuacji, kiedy zapomina się hasła, to na pewno nie pamięta się tych głupawych pytań przypominających. No więc wypełniłam, kliknęłam w klawisz i przeniosło mnie na zapisaną po angielsku stronę. Czego tam nie było! Wszystko, oprócz mojej poczty, w dodatku wszystko po angielsku. Znalazłam wejście do poczty, próbuję się zalogować i wierzyć mi się nie chce, poczta się nie otwiera. Hasło, lub login błędne. Czy ja jestem taką ciamajdą, czy jakieś fatum nade mną wisi? Prawdą jest, że zdarzyło mi się raz założyc pocztę i zaraz zapomnieć do niej hasła. Ale było też tak, że miałam wszystko prawidłowe, a poczta raz się otwierała, a raz nie. Miała takie fanaberie. Wtedy już wzięłam się na sposób, miałam zanotowane i login i hasło, stąd wiem, że to nie ja się myliłam. Podobnie zrobiłam dzisiaj. Literka po literce, znaczek po znaczku wpisałam prawidłowo. Sezamie, otwórz się! Sezam ani drgnął. No to klops.
piątek, 24 kwietnia 2009
Mam zasadę, ze jeśli zaczynam coś czytać, to czytam do końca. Wczoraj dotarłam do połowy książki i powiedziałam sobie dosyć! Ani strony więcej. Męczyłam się nad nią okropnie, czując wręcz fizyczny ból. Powieść nie ma żadnej akcji. Jej treść to rozmowy pomiędzy obcymi sobie ludźmi, połączonymi wspólną wycieczką po Grecji. Rozmowy te niczego nowego nie wnoszą, są nużące i męczące. Po przeczytaniu stu stron, niewiele więcej wiedziałam niż po kilku pierwszych. Zdawkowe pytanie, zdawkowa odpowiedź. Żadnej głębi, żadnej refleksji dla czytelnika. Nie zdzierżyłam i zerknęłam na koniec. Do spotkanego przez naszych bohaterów w Grecji mężczyzny powraca dawno niewidziany syn. Czy dla tego faktu warto przebyć ten koszmarny maraton czytelniczy? Ja z niego wypadam. Tytułu i autora nie podam, bo nie warto. Ktoś spyta: to po co o tym piszesz? Hmm, dobre pytanie. Sama zaczynam się nad tym zastanawiać;) No, ale skoro już tekst jest, to niech zostanie. Mojego gniota można czytać za darmo;)

Kilka dni temu nabyłam nową pozycję o możliwościach Photoshopa. Książka cudeńko! Scott Kelby po mistrzowsku krok po kroku wyjaśnia zawiłości różnych efektów. Na razie poznaję je teoretycznie, siedząc karnie przy stole lub biurku. Książka ma jeden minus, jest w kategorii wagi ciężkiej. Kartki z papieru kredowego (przepiękne kolorowe ilustracje, to na plus;), solidna twarda oprawa, przykuły mnie wraz z książką, niczym średniowieczne łańcuchy do blatu stołu. Urocze zniewolenie:)
sobota, 18 kwietnia 2009

Nie ma obawy, nie zmieniam profilu bloga. Choć prawdę mówiąc, miałabym problem z określeniem profilu obecnego. W każdym razie przepis umieszczony poniżej jest jednym z wyjątków, na który pozwolę sobie od czasu do czasu. Pochodzi z czasów, kiedy nie mówiono o prawach autorskich, a tajniki wypieków przekazywało się drogą ustną. Najwięcej przepisów pozostawiła mi mama, spora część to wymiana ze znajomymi. Ileż spisanych kartek wyniosło się z odwiedzin, rocznic, urodzin, imienin. Całą książkę kucharską można by złożyć. Pozostałe mam z czasopism i różnych publikacji. Z pieczeniem to jest tak, że jak się zna zasady powstawania różnego typu wypieków, to wyjdzie każde ciasto. Różnice są sprawką dodatków, ale to już zależy od inwencji i odwagi. Znam kilka osób, które pieką ciągle to samo, a za każdym razem wychodzi im coś innego. To "coś innego" nie znaczy, że wkłada się do blachy srnik, a wyciąga z pieca makowiec. Wyciąga się sernik o nieco innym smaku niż był ostatnio. Tak się dzieje, kiedy składniki odmierza się na oko, kiedy zmienia dodatki. O przepraszam, zapomniałabym o czymś bardzo ważnym, jeśli nie najważniejszym, o piekarniku. Bez sprawnie działającego, każde pieczenie jest loterią.
Przepis, który obiecałam Majanie, pochodzi z ustnego przekazu, nawet nie ma nazwy. Zw względu na składniki niech będzie "Jabłecznikiem":)

Składniki:
35 dag mąki
30 dag cukru pudru
5 jaj
1 kostka masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki kwaśnej śmietany
2 łyżki kakao
1 kg tartych jabłek

Masło, żółtka, cukier utrzeć, dodać śmietanę, mąkę z proszkiem do pieczenia i na końcu pianę z białek. Wymieszać łyżką. Ciasto podzielić na dwie części, do jednej dodać kakao. Ciemną część wylać na blachę, zetrzeć na nią jabłka, przykryć  jasną częścią ciasta i piec ok. 50 min. w temp. ok. 180 stopni. Po ostygnięciu polać lukrem.

Lukier:
10 dag cukru pudru
1 - 2 łyżki wody 
2 łyżki alkoholu
łyżka masła

Wszystkie składniki zagotować i polać wierzch ciasta.

Jak widać nie jest to skomplikowany przepis, wersja dla leniwych: wszystko mieszać mikserem ręcznym, dla odchudzających się: do ciasta dać mniej cukru np. o 1/3:) Jeśli ktos lubi cynamon, nie żałować sobie, lecz posypać starte jabłka.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Dzisiaj podobno jest dzień sapera. Jeśli tak, to właśnie uświetniam go rozbrajaniem bomby kalorycznej. Leży na talerzu w postaci stosu kawałków ciast różnego rodzaju. Świąteczne pozostałości. Od momentu, kiedy powiedziałam sobie ani jednego więcej, zjadłam kolejne trzy. Mówi się, że cukier krzepi, a słodkości poprawiają humor. Ja, wręcz przeciwnie, czuję słabość i zniechęcenie. Siedzę nad tym talerzem, niczym samotny gość przy barze nad butelką wódki. I znikąd pomocy. Wszyscy umyli ręce. Ups, trochę się zagalopowałam, jeszcze wyjdzie z tego kryminał;) Poświęcę się jeszcze raz, ostatni kawałek, więcej nie dam rady... Za zdrowie saperów!;-)

wtorek, 14 kwietnia 2009

Swięta, święta i po świętach. W tym roku spędzone tylko rodzinnie, bez mieszania w to bloga. Dzisiaj go otwieram, a na mnie pokłady wody się wylewają. Kocur cały mokry prycha i kicha, ale rozpoznał napastników. Aniagra i Gertruda-Iza. I kto by się spodziewał po blogowiczkach takich czynów. Żadne tam delikatne sikawki, wiadrami! Niestety z powodów wyżej opisanych nie mogłam się odwdzięczyć:)) Poza tym czuję się po tych dniach nieco ociężała.
I znów przyjdzie ci irytku się ograniczać.

piątek, 10 kwietnia 2009



Wiosny w sercu, pogody w duchu! Szczęśliwych i Spokojnych Świąt Wielkanocnych życzy Irytek.
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Dawno już nie towarzyszyła mi w nocy muzyka. Zazwyczaj siedzę w ciszy. Dzisiaj przypadkowo usłyszałam Boba Dylana i zamarzyło mi się więcej. To więcej przeciągnęło się do tej pory. Lubię słuchać jego głosu z charakterystyczną chrypką w niskich tonach, lubię dźwięk nieodłącznej harmonijki ustnej. W tej piosence niestety jej nie ma, ale czyż nie jest idealna na tę porę nocy?...
 
1 , 2
Customize.org